Piesza wędrówka na 100 km. Największe i najtrudniejsze wyzwanie w moim życiu!

W lutym wracaliśmy pociągiem do domu od znajomych i zauważyłem reklamę pieszej wędrówki z Glasgow do Edynburga. Zastanowiło mnie to i zaintrygowało. W 2017 ukończyłem Pedal for Scotland – The Big Belter. Rowerowe wyzwanie na 93 mile, czyli 150 km z Glasgow do Edynburga. Stąd zaciekawił mnie dystans tej pieszej wycieczki. Po powrocie do domu natychmiast poszukałem informacji na ten temat i zauważyłem, że trasa ma 100 km!!! Najwięcej przeszedłem jednorazowo w ciągu dnia niecałe 50 km i niezbyt dobrze to wspominałem.

Zaczęliśmy z Dominika rozważać udział, ponieważ najwidoczniej mamy parcie na szalone i ciekawe przedsięwzięcia. 🙂 Dlaczego by nie? Przerażał nas tylko ten dystans. Niektóre osoby pisały na necie, że to jest trudniejsze niż maraton. Inni z kolei pisali, że jest to do wykonania. Długo nie potrzebowaliśmy się namyślać, ponieważ założyliśmy, że zdążymy się wytrenować do tego czasu, a ponadto regularne treningi biegowe i rowerowe zdecydowanie nam pomogą. Dziś wiem, że to na pewno było pomocne, aczkolwiek zdecydowanie zabrakło długich pieszych tras, aby zrozumieć, co nas czeka. Sam zrobiłem tylko jedną 30 km trasę po górach. 

W dzień wyjścia wstaliśmy o 4 rano i pojechaliśmy do Glasgow. Wyruszyliśmy ok. 7:50. Na starcie czekała nas mżawka i mała grupka ludzi. Zdaliśmy sobie sprawę, że to nie do końca popularne wydarzenie i udział bierze niecałe 300 osób. W sumie rozsądnie, ponieważ nie każdy jest na tyle szalony. 😀 

Na starcie

Na trasie było 7 checkpointów. Pierwsze 3 były oddalone od siebie o ok. 18 km każdy. Pozostałe ok. 7-9 km, ponieważ do nich docierało się już w nocy. Do pierwszego przystanku wszyscy warto szli uśmiechnięci i zadowoleni i nikt się nie zatrzymywał. Sami nałożyliśmy sobie dość żwawe tempo i byliśmy mile zdziwieni dobrym czasem. Na postoju rozciąganie, mały posiłek, oporządzenie stóp i dalsza trasa. Pogoda szybko się poprawiła i się rozpogodziło. 

Przed 3 postojem mieliśmy lekki kryzys, ponieważ przeszliśmy prawie 42 km w bardzo szybkim tempie, mając jedynie 2 przystanki! Wtedy zdecydowaliśmy, że warto jednak zatrzymywać się częściej, kiedy tylko potrzebujemy. Na 60 km byliśmy o 21:30 i był to ostatni postój przed nocną częścią trasy. Nasza koleżanka miała wtedy coraz większe problemy z plecami. Byliśmy pod wielkim wrażeniem tego, jak każdemu z nas dobrze szło, mimo bólów, obtarć, pęcherzy itp. Agnieszka natomiast dzielnie znosiła swój ból, choć starała się to ukryć za wszelką cenę. 

Na 40 km

W nocy podróż okropnie nam się dłużyła. Zwolniliśmy bardzo, każde z nas było już wymęczone. Na kolejnym postoju już prawie nic nie jedliśmy, każdy z nas miał już wszystkiego po dziurki w nosie. Dotarliśmy tam po 2 w nocy. Myślę, że każde z nas miało tam kryzys. Z nas wszystkich Dominika trzymała się najdzielniej i miała najmniej problemów z pęcherzami, bólem itp. Ponadto wartko szła przed siebie. 

Do tego czasu żołądek zaczął mi doskwierać i cały czas miałem sucho i nieprzyjemnie w ustach. Leki, ani jedzenie nie pomagały. Ze wszystkich niedogodności, ta była najbardziej uciążliwa. Po 4 rano odzyskałem siły i wspaniale się rozbudziłem. Mimo iż nie piłem żadnej kawy. Po prostu ze wszystkich sił starałem się cieszyć z naszych osiągnięć i tego, jak pięknie nam szło. 

Na kolejnym postoju o 5 rano po szczerej debacie Agnieszka zdecydowała się odpuścić dalszą trasę. Ciężko to zniosła. W pełni zrozumiałe. Przeszła 80 km i chciała iść dalej. Niestety ból pleców był już tak nie do zniesienia, że nie było naprawdę warto tego tak ciągnąć. Jesteśmy z niej niesamowicie dumni. Jesteśmy pewni, że gdyby nie te plecy, nie miałaby najmniejszego problemu ze skończeniem całej trasy. 

Po rozstaniu ruszyliśmy wartko z Dominiką przed siebie, mimo moich wielkich pęcherzy na stopach. Bardzo szybko dotarliśmy do ostatniego postoju i tylko po szybkiej toalecie ruszyliśmy dalej. Byliśmy już mocno zdeterminowani skończyć to jak najszybciej. Po prostu mieliśmy już wszystkiego serdecznie dość! 😀 

W okolicach 95 km Dominikę dopadł wielki kryzys. Nie ma się co dziwić. Była już 9 rano, wiele przeszliśmy i nie spaliśmy całą noc, ani nie jedliśmy nic od ponad 10 godzin. Nawet już nie mieliśmy ochoty.  Ponadto w porównaniu z prawie całą trasą płaską, wzdłuż kanału wodnego, w Edynburgu końcówka była po wzniesieniach. Wbrew pozorom to zejścia ze wzniesień były problematyczne i bolące. Wziąłem oba plecaki i wysiliłem się na jeszcze więcej motywacji, choć dbałem o nią całą noc. 

Na metę dotarliśmy ok. 9:50. Cała trasa zajęła nam 24: 54:45. Niecałe 25 godzin! 🙂 Na mecie mieliśmy już wszystkiego dość i kompletnie już nam na niczym nie zależało. Byliśmy zbyt zmęczeni. 

Podsumowanie

To było absolutnie najcięższe i najtrudniejsze wyzwanie w moim życiu! Nic nie może się z tym równać. Było po prostu super ciężko! 2 dni później nie jestem w stanie stwierdzić, czy kiedykolwiek podjąłbym się czegoś podobnego. Z pewnością jednak nie boję się już maratonu. 😉 Jedna z najważniejszych lekcji wyniesionych z tego wyzwania?

Człowiek może znieść niewyobrażalnie wiele i dokonywać absolutnie niesamowitych czynów!!! Ludzka ambicja i samozaparcie nie mają sobie równych!

Dokładnie tak jest. Większość osób na trasie była absolutnie miła, zadowolona, uśmiechnięta i pełna życia. Nawet pod koniec trasy. Było także wiele osób po 60-tce, czy nawet po 70-tce, które także brały udział! Wiele z nich ukończyło całą trasę. Wg nas wszyscy, którzy się po prostu zapisali i wyruszyli, zasługują na absolutnie wielki szacunek. Zdecydowanie trzeba “mieć jaja”. Także do tego, żeby wiedzieć, kiedy się osiągnęło swoje maksimum i przyznało, że niestety “nie dam rady”. Część osób nie ukończyła i na FB czytałem, jak wielce dumni są z siebie. Powinni!

Razem z Dominiką byliśmy pewni, że jeśli pęcherze, czy obtarcia się nie pogorszą, to damy radę. Nie było wątpliwości. Jestem ogromnie z siebie dumny za utrzymanie pogody ducha, super nastawienia, uśmiechu, motywacji i dobrych relacji w naszej drużynie. Jestem wielce dumny z dziewczyn za ich wytrwałość i wielki sukces, a także wyrozumiałość wobec mojego trajkotania przez całą noc, aby podtrzymać nas na duchu :). Z Agnieszki za jej 80 km, mimo wielkiego bólu i z Dominiki za pełną trasę, najwięcej wytrwałości z nas wszystkich i wielką pogodę ducha. 

Niewiele osób wie, ile to jest 100 km na piechotę. To trzeba przeżyć. Na obecną chwilę nie mam porównania do czego innego. Brak mi słów, aby opisać ten wyczyn, szacunek wobec wszystkich uczestniczących, wrażenia z trasy i po ukończeniu. To wszystko jest tak abstrakcyjne, że nawet pisząc to 2 dni później, mam wrażenie, jakby to był sen i sam nie mogę się nadziwić, co żeśmy najlepszego uczynili. 🙂 

 

 

Zapisz się na newsletter

Invalid email address
Dziękuję ogromnie za zaufanie. Obiecuję, że nie będzie żadnego spamu. 
Podziel się artykułem!

Leave a Reply

Your email address will not be published.