Loch Ness Marathon – Moje Największe Sportowe Osiągnięcie, Pierwszy Ukończony Maraton

Dwa miesiące temu tego dnia pojechaliśmy do Inverness. Dzień później odbył się Loch Ness Marathon. Pierwszy, w którym braliśmy udział. Jak widać, sporo czasu minęło, zanim zdecydowałem się to opisać. Na początku było to zmęczenie i niepewność w swoich odczuciach odnośnie tego. Potem była to listopadowa chandra i lenistwo. Zeszły miesiąc był kiepski. Ostatecznie stwierdziłem, że warto to podsumować i “rozliczyć się” z tym.

W podsumowaniu października wspomniałem o ukończonym maratonie. Te kilka słów nie jest w stanie opisać wszystkiego, więc pokuszę się o rewizję z dystansu. Może to i dobrze, że dopiero teraz się za to zabieram?

Mieszane Odczucia odnośnie biegania

Już jakiś czas przed półmaratonem we wrześniu miałem mieszane odczucia wobec biegania. Jakoś zatraciłem chęci i zapał do tego. Do dziś nie rozgryzłem, co mogło być powodem. Wtedy biegałem prawie codziennie i to mogło być trochę za dużo. Tak wtedy czułem. Jednak problem nie zniknął, więc coś więcej jest na rzeczy.

Po sukcesie tamtego biegu i super czasie na pewno odzyskałem chęci i siły. Byłem dość pozytywnie nabuzowany przed maratonem, a zdecydowanie mocno przez 24h tuż przed nim. W dzień biegu to samo przez pierwsze 25 km. 😉 

Jedyne, co potrafię z całą pewnością stwierdzić, to że mimo znajomości korzyści płynących z biegania i dobrej wizji tego, co chciałbym osiągnąć, jest mi ciężko zmotywować się i zachęcić nawet do najprostszego biegu. Nie rozumiem, czego tu brakuje. Może po prostu ruszenia się z domu i działania?

Loch Ness Marathon

W dzień biegu było dość chłodno. Na start jechaliśmy przemakającym autobusem bez ogrzewania przez prawie godzinę. Sądząc po osobach na starcie, było więcej takich sytuacji. Start był umiejscowiony na płaskowyżu. Było tam pięknie, aczkolwiek przeraźliwie zimno i wietrznie. Nie zrażało mnie to, aczkolwiek myślę, że miało bardzo duży wpływ na bieg. Byliśmy mocno przemarznięci i nie było miejsca na rozgrzewkę. 

Sytuacja szybko się poprawiła, bo w końcu ruszyliśmy, dodatkowo biegliśmy w dół i otoczyły nas lasy. Uważam, że byliśmy dobrze przygotowani umysłowo, bo pierwsze 20 km minęło nie wiadomo kiedy. Nie czułem jakiejś presji, ani przytłoczenia myślą, że to “dopiero” połowa. 

Na 30 km dla większości osób jest tzw. ściana, moment, w którym ciału brakuje energii do działania. Na naszej trasie była dosłowna ściana, dość strome podejście, które okazało się wymagające i źle umiejscowione. Nawet nie próbowałem biec. Chwilę wcześniej zaczęły się u mnie wielkie wątpliwości o gwałtowne opadanie z sił. Nawet nie probowałem walczyć z diabełkiem na ramieniu.

Ostatnie 10 km to przeplatanie biegania z chodzeniem. Z każdym kolejnym kawałkiem miałem coraz bardziej dość. Czułem, jakbym miał zwymiotować swoje wnętrzności. 🙁 Żaden doping i zachęty nie pomagały, brakowało uśmiechu na twarzy, nic już nie cieszyło. Nie wiem, co pchało mnie do przodu…?

Ostatnie 3-4 km były już w mieście i im dalej, tym więcej ludzi, większe emocje, większy doping itp. Nie ruszało mnie to, miałem po prostu dość. Chciałem skończyć. Dobieganie do mety też jakoś nie było przyjemne. Sama meta oczywiście była. Sądziłem, że będę płakał ze szczęścia. Jednak byłem tak zły na cały świat i wymęczony, że tego nie czułem. Na szczęście jak Dominika dobiegła, ta “zmęczeniowa zgryzota” została pokonana i razem płakaliśmy ze szczęścia i wdzięczności. 🙂 

Refleksja dwa miesiące później. Największe sportowe osiągnięcie mojego życia!

Z mojego opisu jasno widać, jak wtedy byłem zaćmiony zmęczeniem. Jak to wzbudziło we mnie niechęć i niezadowolenie. Na szczęście to tylko zmęczenie i szybko minęło. Choć przyznaję, że kolejne kilka dni naprawdę nie wiedziałem, co o tym wszystkim sądzić. 

W Lipcu mieliśmy przyjemność ukończyć wędrówkę na 100 km. Myślałem, że to było najtrudniejsze i najcięższe wyzwanie. Dominika nadal tak sądzi i uważa, że maraton, mimo wielkich trudności, zniosła lepiej. U mnie wygląda to inaczej. Dodatkowo pojawiły się problemy z żołądkiem, które utrzymały się dość długo. Najwidoczniej zbyt mocno wzburzyłem swoje wnętrzności. ;p 

Długo miałem mieszane uczucia, mimo wielkiej dumy. Dziś to wszystko wydaje się jak sen, choć z drugiej strony mam wrażenie, że absolutnie dokładnie pamiętam każdą chwilę! To znaczy, że byłem naprawdę uważny i obecny. Cieszy mnie to ogromnie. To było zdecydowanie największe sportowe osiągnięcie, jakiego się podjąłem. Jestem z tego niezmiernie dumny. Ukończyłem swój pierwszy maraton w 4:43:26. To wspaniały czas. 

Ciężko to sobie wyobrazić, ale to prawie 5h biegu. Chodzi mi o to, że postrzeganie tej liczby jest relatywne. Jeśli ktoś w ogóle nie biega to i 30 minut może być wyzwaniem. Dlatego dla różnych ludzi ta liczba oznacza co innego. Niemniej jednak jest to bardzo długi czas i za pierwszym podejściem wydaje się to być jeszcze dłużej niż w rzeczywistości. Tym bardziej jestem niezmiernie wdzięczny i usatysfakcjonowany tym osiągnięciem. 

Dziś sądzę także, że najpewniej te ogromne zmęczenie i negatywne myśli wynikały z niedostatecznego przygotowania do biegu. Przede wszystkim fizycznego. Sądzę, że nie przyłożyłem się do treningów i nie zadbałem o to, wiedząc, co mnie czeka. Tylko, czy na pewno wiedziałem to? Wspomniałem, że mentalnie byliśmy dobrze przygotowani i wierzę w to. Myślę też, że więcej treningów na dłuższe dystanse okazałoby się bardzo przydatne we wszystkich aspektach. 

Co dalej? Plany związane z bieganiem

Nie jestem do końca pewien, co dalej. Myślałem sporo nad tym, aczkolwiek nadal nie potrafię dojść do żadnych konkretów. Nie jestem pewien, jak postępować, ani  na co ostatecznie się zdecydować. Na początku opisałem swoje mieszane uczucia. Sądziłem, że ten wpis nieco mi pomoże w podjęciu decyzji. Na pewno był fajną przygodą w przeszłość i dobrą refleksją.

Z obecnych przemyśleń wynika, że mógłbym podjąć jedną z poniższych decyzji:

  • zaprzestać biegania całkowicie
  • ograniczyć się do sporadycznego biegania
  • zapisać się do jakiegoś klubu biegowego
  • zapisać się na kolejny maraton i postawić przed faktem dokonanym
  • spiąć poślady i ruszyć do działania robiąc to, co wcześniej

Dwie pierwsze opcje uważam za jednoznaczne i w zasadzie skreślam je od razu. Klub mógłby mi pomóc w zachętach i motywacji do biegania. To samo z zapisaniem się na biegi. Sądzę, że najlepszym i najrozsądniejszym działaniem jest niewielkie “przymuszenie się” do powrotu do biegania i wdrażanie utraconej regularności. Tzn. myślę, że po prostu trzeba działać, a przyjemność i chęci powrócą z czasem.

Może po prostu po osiągnięciu tak ważnego celu jak ukończenie maratonu zabrakło mi jakiejś wizji? Po ostatniej rozmowie z Dominiką i propozycji zapisania się na prawdopodobnie 3 maratony w kolejnym roku cel wydaje się dość oczywisty. Czyli ruszyć 4 litery i po prostu to robić. Skoro mam mocne “dlaczego?” i zapisanie się na biegi umocni wizję, jedyne co pozostaje, to odzyskać chęci w trakcie działania.

Jeśli chodzi o kolejne maratony, uważam, że mentalnie wiemy, co nas czeka i będziemy dobrze przygotowani pod tym względem. Myślę, że powinniśmy położyć największy nacisk na fizyczne przygotowanie i dzięki temu zadbamy o całą resztę. Czytając podsumowanie tego wpisu, wydaje się oczywiste, że w sumie podjąłem decyzję. Podejrzewam, że siedziało to we mnie. Tak więc, w Styczniu zapisujemy się na biegi, a potem wypada trenować i cieszyć się tym. 

 

Zapisz się na newsletter

Invalid email address
Dziękuję ogromnie za zaufanie. Obiecuję, że nie będzie żadnego spamu. 
Podziel się artykułem!

Leave a Reply

Your email address will not be published.